Polak chce na emeryturę

Polak pracuje, albo i zapierdala. Zasuwa Informatyk, Akwizytor, Dentysta i kto tam jeszcze. Pracuje długo, intensywnie, bez limitu godzin, do przesady i bez weekendów. Według OECD w 2009 r. Polacy byli w czołówce narodów pod względem ilości przepracowanych godzin przypadających na pracownika. Ale zapierdala mały procent Polaka.

Reszta chce na emeryturę, albo już na niej siedzi. Jeszcze niedawno bardzo chciał również na rentę, jakimś cudem nabijając statystyki jako najchorsze społeczeństwo wśród krajów rozwiniętych. Teraz jakby troszkę się Polak z tą rentą opamiętał.

Wg danych Eurostatu (Eurostat: European Union Labour Force Survey – Annual results 2009 (ang.). 2010. [dostęp 2010-08-06].) 59% społeczeństwa polskiego w wieku produkcyjnym jest zatrudniona, podczas gdy średnia UE to 64%, wliczając w to równiez inne niewyrywne do roboty nacje, już pomińmy które. A te bardziej wyrywne? Tam wskaźniki zatrudnienia są dużo wyższe niż średnia unijna.

Podwyższenie wieku emerytalnego w Polsce wzbudziło liczne protesty różnych grup społecznych, a zwłaszcza tych, których zmiany i tak już nie obejmą. Ale powrzeszczeć i poprotestować nie zaszkodzi, protestować Polak lubi i łatwo go urazić, np. zabierając przywileje rodem z komuny.

Wg. rządowego Raportu o Rynku Pracy z 2011 roku ” w 2010 r., tak samo jak rok wcześniej, na 100 osób w wieku produkcyjnym przypadało 55 osób w wieku nieprodukcyjnym (tj. 26 osób w wieku poprodukcyjnym oraz 29 w wieku do 17 lat)…” 
http://analizy.mpips.gov.pl/images/stories/publ_i_raporty/Raport_o_rynku_pracy_2011.pdf
. Są to zatem osoby będące na utrzymaniu lub pobierające świadczenia. Jak się dane z obu tych źródeł połączy to wychodzi, że wszystko musi wypracować te 59% zatrudnionych z tychże 100 osób w wieku produkcyjnym… Lekka zgroza.

By the way, wg tego samego raportu, tylko około 48% kobiet w wieku produkcyjnym pracuje, włączając w to zatrudnione w niepełnym wymiarze godzin. I z czego niby potem emerytura??

JA NIE CHCĘ na emeryturę w wieku lat 60. Wolę pracować dłużej. Przyznaję, nie zapierdalam tak intensywnie jak Informatyk, niemniej pracuję, już w czasie studiów zaczęłam.

 A Informatyk też nie chce na wczesną emeryturę.

Nuda i zadęcie przekazu słownego

Bierze człowiek do ręki pozycję w sumie popularnonaukową, z zakresu szeroko pojętych nauk humanistycznych albo społecznych. Autor Polak, albo i Polka. Pragnie człowiek zaczerpnąć z krynicy wiedzy, sam humanistą będąc, czyta więc człowiek, czyta…

I co? I dupa blada! Tego się nie da czytać! Nuda, zadęcie i zakomplikowanie doszczętne.

Polak-naukowiec pragnie być mądry i ważny okrutnie. W tym celu użyje najskomplikowańszej składni pod słońcem i słownictwa najmędrszego, wygrzebanego po zmurszałych słownikach, ewentualnie, w przypadku młodszych osobników, żywcem skalkowanego z języka angielskiego. Broń Boże, żeby coś „miało wpływ” lub „powodowało”, musi być „mediuje”, „predystynuje”, szmuje, uje.

Akapit gęsto zapakowany zdaniami, zdania długie i rozwlekłe. Słów cała kupa, potykają się jedne o drugie, a sensu ani widu ani słychu. Nuda, nuda, nuda i zadęcie. Nic, tylko czytelnik głupi jak but, ignorant kompletny, nieuk i w ogóle niegodzien dostąpić tak wysokich treści. Nauka to poważna sprawa, nie po to jest, zeby jakiś przypadkowy czytelnik zrozumiał, o co w tym chodzi, zainteresował się i odniósł intelektualną korzyść. Może za to nauka służyć do jasnego wykazania, kto mądrzejszy i ważniejszy na lokalnym podwórku oraz do wzajemnej adoracji w hermetycznym gronie, mało zainteresowanym światem zewnętrznym oraz tegoż świata opinią…

Niemniej bywa, że czytelnik weźmie do ręki publikację Anglosasa jakiegoś albo i, o zgrozo, Niemca, czyta i co? I idzie jak po maśle! Czyta ja thriller, wciągnięty cały, liczne anegdoty i przykłady „z życia” umilają lekturę, wiedza sama się rozszerza i włazi do głowy. Nauki społeczne i humanistyczne czy neurobiologia – da się czytać!

Oczywiście, do naszego grajdołka docierają w tłumaczeniu te co lepsze, bardziej bestsellerowe kawałki naukowe z Zachodu. Ale może zamiast kopiować tylko terminologię, możnaby jeszcze podpatrzeć jasność i prostotę przekazu, swobodniejszy, ludzki styl i przyjazny stosunek autora do czytelnika? Książki przecież są dla ludzi… No, ale do tego potrzeba wyleźć z kompleksów, które napędzają drętwe wymądrzanie się.

Cdn. o tym jak się spało na wykładach oraz jak i w komercji Polak przynudza.

Cześć pracy, czyli chwała bohaterom.

Polak Polakowi często wilkiem. Albo okoniem. Ojczyznę zaśmieci, na schodach się nie posunie, prędkość przekroczy.

Ale Polak też pracuje.

Chwała Informatykom, którzy niezliczone godziny klepią w klawiatury, sypiąc robaczkami po ekranie. Nowe systemy i aplikacje się rodzą, powoli i mozolnie. A technologie prześcigają się w pędzie, nowe nośniki, nowe języki… Informatyk wsiada też w służbówkę i grzeje na ukos Polski gównianymi drogami (Amber One i A2 tu nie sięgają) 5h albo i 7. Tam wbija się w znielubiony gajer i zapodaje prezentację. Albo testuje nowe rozwiązania na wodzie, lądzie, albo i pod ziemią. Potem wraca i znów gania robaczki po ekranie. Albo Informatyk odbiera telefony od wnerwionej „Goździkowej”, której po raz setny nie działa… Siedzi na kolejnym szkoleniu, stresuje się na spotkaniu… I znów robaczki, do wieczora dzień w dzień trzeba je mnożyć na ekranie.

Chwała Przedsiębiorcom, którzy nie pieprzą, tylko robią. Wytwarzają, dostarczają, handlują, inwestują, ryzykują. Zatrudniają, zwalniają, budują nowe hale, magazyny, fabryki… Walczą o nowe rynki, walczą o stare rynki…  A to pracownik zapije, a to kontrola przyjdzie. Przepisy zakomplikują, znów życie utrudnią. Ale kredyt wzięty, ludzie zatrudnieni, trzeba robić, a nie pieprzyć.

Chwała Handlowcom i Akwizytorom, którzy pchają się gównianymi drogami na ukos Polski. W krawacie, w koszuli, w garsonce. Ciągle w pośpiechu, wyniki muszą być, już i natychmiast. Trzeba sprzedać, przekonać, wynegocjować, zbajerować, w stresie i bez pardonu.

Chwała Ekipie Budowlanej, która ściany wygładzi, deski przybije, przytnie, przykręci, pomaluje i wykafelkuje. Ekipa zasuwa, pije oranżadę, żadne tam zdrowie na budowie, nie po 8h fajrant, ale po 10 czy 12. Nowe technologie Ekipa kiedyś podpatrzyła na saksach, a teraz doczyta w internecie. Ekipa zasuwa od świtu, po sobie posprząta, dba o renomę, bo z nadszarpniętą na rynku się nie utrzyma…

Cześć pracy! Chwała Bohaterom!

cdn.

Polak narzeka na Ojczyznę swą – zwłaszcza za granicą i na Facebooku.

Święta, święta i po świętach. Do roboty trza się brać.

Polak lubi ponarzekać – to oczywista oczywistość i jego święte prawo. Narzekają blokersi pod blokiem, sąsiadki zza płota, ciocie i wujkowie na imieninach u Jadzi, narzekają studenci i profesorowie. A taksówkarze jak narzekają!

Razu jednego wiózł nas taksówkarz. „Panie, co to za kraj!”, wyrzekał, głównie zwracając się do męża, bo baba, wiadomo, w Polsce nadal mniej ważna. „Nic, tylko zdechnąć z głodu. Wie pan, mój syn we Francji siedzi. Tam to jest życie! Z zasiłku da się żyć jak król! A jak mu się zasiłek skończył, to poszedł do doktora ze dwa razy i dostał te, no, benefity zdrowotne i znów żyć nie umierać! A w Polsce? Nic, tylko zdychaj cżłowieku…”

No cóż, Polska, kraj na dorobku, nie jest dostatecznie bogata, żeby tak łatwo było dymać ją z kasy, nic nie robić i żyć jak król. Na to narzekać należy bezwzględnie!

Chociaż czytałam gdzieś, że podobno niektórzy taksówkarze celowo poruszają tematy angażujące emocjonalnie klienta, bo łatwiej wtedy pojechać dłuższą trasą, a nie krótszą i gościa oskubać. A to przepraszam, takie przypadki pod czyste narzekactwo nie podpadają.

Między nami Polakami bez narzekania ani rusz. Ale i za granicą sobie Polak ponarzeka, że aż miło! Siedzi wyemigrowany w Anglii, Irlandii, Norwegii i na calutkim bożym świecie i narzeka na Ojczyznę odległą, porzuconą. Tamtejszym nacjom czuje się w obowiązku wyłuszczyć (jeśli gada po ichniemu, oczywiście), że Polska to najgorszy kraj na świecie, bieda, zacofanie, pociągi nie jeżdżą ani autobusy, a jak jeżdżą to horror istny, gorzej nie ma NIGDZIE. Dno i metry mułu… Nie zważa Polak nawet na to, że niejednemu tambylcowi zdarzyło sie już być w Polsce, był, przeżył, a nawet podobało się! NIe może to być! Polak satysfakcji, że w Polsce jest NAJGORZEJ odebrać sobie nie da.

Taki np chodził obrazek po Facebooku, jakieś z pół roku temu. Wielkimi literami walnięte: „Polska to dno i metry mułu! Wykorzystują nas wszycy, zarabiamy najmniej, beznadzieja, bieda i zgroza. Jakby w Grecji albo w Niemczech mieli takie pensje jak w Polsce, toby się krew polała na ulicach. Najgorzej, najgorzej, najgorzej!” Taki mniej więcej przekaz był. „Zszerowany” przez około 600 osób! W tym wielu wyemigrowanych z kraju już lata temu.

I co takim przekazem chcieli Ci ludzie osiągnąć? Poprawić coś w Ojczyźnie, w której już nie siedzą? Zadbać o wizerunek Polski, narodu, rodaków? Wzbudzić szacunek innych nacji?

No, ale to było po polsku. Niepolacy w zdecydowanej większości nie zrozumieją. Chyba, że jakiś niepolski „friend” nieopatrznie poprosi o przetłumaczenie albo bzyknie translatorem i przerazi się, zbrzydzi, zszokuje, zdziwi niepomiernie…

Polak, uzbrojony w angielski, też narzeka chętnie. „Dyskaszyn” leci na fejsie, że aż miło, po angielsku a jak, nasi kochani emigranci i nieemigranci robią sobie nawzajem dobrze, narzekając na Polskę. I tak bardzo im samym światowo, lepiej im, no bo po angielsku gada rodak do rodaka! Swoje kompleksy, że się nie urodziło na Zachodzie można odreagować. Lekki śmiech, bo w tej angielskojęzycznej dyskusji prawie same polskie nazwiska biorą udział, na całe szczęście zresztą.

Na samym początku lat 90 usłyszałam w Kanadzie od tambylca: „Poland? I`ve been there. It is such a poor country…” A wtedy Polska była biednym krajem. Średnia pensja wynosiła odpowiednik około 40 dolarów. Wkoło szare, komunistyczne bloki i rozwalające się zabytki. Po ulicach nie płynęły rzeki samochodów, człowieka nie było stać na nowe skarpetki, nie było basenów, pubów, aquaparków, Amber One, A2, A4, południowej obwodnicy Gdańska z mostem wiszącym na karmazynowych linach i długą na 2 km estakadą, wyższe wykształcenie miało 6% społeczeństwa, na studia nie szło, jak teraz, przeszło 50 % maturzystów, nikt na oczy nie widział rukoli czy parmezanu, a i tradycyjna, bogata polska kuchnia też nie istniała w przestrzeni publicznej, nie licząc pierogów w mlecznym. Nie było odremontowanych kamienic, ani podniesionych z kompletnej ruiny zamków zamienionych w eleganckie spa. Miasta i miasteczka nie obrastały osiedlami pastelowych domów jednorodzinnych. Nie było kiczu nowobogactwa, ani klasy średniej.

W ciągu zaledwie 20 lat wydarliśmy, wypracowalismy to wszystko. Sami sobie to zrobiliśmy, popełniwszy tu i ówdzie błędy, bo żaden kraj przed nami nie wychodził z komuny i przepisu nie było. Zaciskalismy pasa, zaciskalismy zęby, zasuwaliśmy w korporacjach, jak już się pojawiły, zasuwaliśmy na zmywaku za granicą, żeby chatę w Polsce wyremontować, bralismy kredyty we frankach, euro, złotych i w czym tam jeszcze. 20 lat – możemy być dumni.

Dużo jeszcze do zrobienia. Pensje za niskie, śmieci w krzakach, graffiti na murze… Narzekać czy zasuwać?

Co będzie za 20 lat?

Polak powozi, ciąg dalszy.

Polak powozi także wózkiem w supermarkecie.

Supermarkety, słusznie zasłużona przez naród zdobycz kapitalizmu, są od tego, żeby rodak mógł się zrealizować zakupowo. A realizować się w jakiejkolwiek dziedzinie Polak lubi w poczuciu wolności i bez zbędnych ograniczeń społecznych. Po sklepie rodak jeździ w sumie znośnie, raczej woli prosto przed siebie i do celu, własnego oczywiście, ale przecież nikogo celowo nie staranuje; wózkowy ruch po alejkach przebiega z grubsza sprawnie. No, czasem tylko rozkraczy się taki wozem na środku alejki, aby długo wgapiać się w półki, nie widząc świata poza nimi. „Przepraszam” przeważnie załatwia sprawę.

Ciekawie robi się przy kasach. Czy po latach obcowania z supermarketami niektórzy krajanie nadal nie wiedzą, do czego służą plastikowe separatory, do położenia na przesuwanej taśmie? Bo wielu nie kładzie. Pewnie znajdzie się i grupa takich, co nie wiedzą. Niemniej coś innego musi być na rzeczy. Leży kilka separatorów w zasięgu ręki, ale nie, co któryś rodak nie skorzysta, mimo, że taśma zawalona towarami, pracownik na kasie znów zapyta: „To jeszcze pani?”, „To też pana?”, proces odmeldowania się ze sklepu się wydłuża, ktoś może nawet się zdenerwuje? Nic to, wynalazki ułatwiające życie niech innym ułatwiają życie, a nasze takie proste po co ma być?

Towary z zawalonej  tasmy finalnie i tak trafią do właściwych toreb. Lubimy ten sport i żeby czasem było trudniej, a nie łatwiej. Może też z wrodzonej delikatności nie chcemy tak brutalnie oddzielać się od wpółzakupowicza tym nieszczęsnym plastikiem?

Gul jednak cżłowiekowi skacze, jak rodak stoi wozem przy kasie. Delikatność gdzie jego wtedy? Stoi Polak wzdłuż, przeważnie do końca się nie podda i za kasę nie wyjedzie, aby tam ustawić się wozem prostopadle do wysepki kasy, tuż przy specjalnie rozszerzającej się płaszczyźnie, skąd łatwiej ładować zakupy. Nie z nami te numery!

Wyjechanie za kasę i ładowanie woza stamtąd uatwiłoby przecież życie nie tylko „wyjechanemu”. Kolejka w międzyczasie mogłaby cokolwiek posunąć się do przodu, kolejnej osobie można łatwiej kasować towary, jeszcze kolejna osoba może już zacząć wykładać swoje zakupy na drugim końcu taśmy… Wszyscy podejdą do przodu, wystająccy zza kasy ogonek mniej będzie blokować przejście innym zakupowiczom… Tyle korzyści dla współobywateli na raz? Niedoczekanie!  I znów, co tam Ameryka i inne nacje!

W świątyni kapitalizmu rodak ma prawo stać wzdłuż i basta. Dziesięciolecia miną, rządy padną, a Polak się nie podda i stać będzie.

Polak – woźnica

Powożenie pojazdem - rzecz wielce satysfakcjonująca i Polak to lubi. Prowadzić samochód zwłaszcza, chociaż a to quad sie przydarzy, a to wózek w supermarkecie.

Rodacy obrośli samochodami, motocyklami i jeżdżą bez skrupułów. Powrót do ukochanej Ojczyzny po dłuższym pobycie za granicą skutkuje nieodpartym wrażeniem, że współużytkownicy polskiej szosy chcą człowieka intencjonalnie zabić.  Nie tam prozaicznie wyprzedzić, włączyć się do ruchu czy ruszyć spod świateł. Zabić intencjonalnie, na śmierć i już! Na trzeciego, zajechać, pod górę, na podwójnej ciągłej i z komórą przy uchu. Poczekać – nie ma opcji! Tamten musi po hamulach? Nic to! Wpakujemy się przed niego!  Po mieśćie z rozsądną prędkością? Niedoczekanie wasze – okupantów, komunistów, moherów, liberałów i cyklistów! Nie będzie mi tu burak jeden jechał 60 na h! Mykniemy go, z prawej czy z lewej, wszystko jedno!

Po kilku miesiącach człowiek przywyka znów i sam walczy na drodze brutalniej. Że w Niemczech, Kanadzie czy USA nikt nie wbija się z podporządkowanej tuż przed nadjeżdżający pojazd? Że w razie zwężenia jezdni wszyscy grzecznie i sprawnie wpuszczają się na zasadzie suwaka? Że tam pieszy nie musi wisieć nerwowo na krawężniku i wyczekiwać przerwy w sznurze samochodów, żeby z duszą na ramieniu przekroczyć jezdnię, bo zmotoryzowani zatrzymają się i pieszego wpuszczą? Że z drugiej strony pieszy nie lezie jak święta krowa po pasach przez 5 minut, bo rozumie, że przez przejście przechodzi się energicznym krokiem, aby nie tamować niepotrzebnie ruchu? No to ich problem jest, bandy frajerów i luzerów!! Niech se tam w Czikago, czy gdzie tam, się przepuszczają do upojenia, tu jest Polska i szlus!

Co nie?

Do roboty zaraz trza, ciąg dalszy o powożeniu nastąpi…

Schody ruchome a sprawa polska

Na temat schodów ruchomych wywnętrzałam się już kiedyś, ale nie szkodzi.

Polak na schodach czy chodniikach ruchomych stoi zawsze centralnie, dumny i niewzruszony. Nie będzie mu tam inny obywatel psuł samopoczucia swoją ewentualną chęcia szybszego przejścia bokiem. W Londynie, Toronto, a także w Moskwie ludzie na schodach ruchomych stoją po prawej strone, a lewą zostawiają wolną dla współobywateli w pośpiechu. I jakoś multikulturowe społeczności tych metropolii nie mają problemu z dostosowaniem sie do tej prostej, a jakże ułatwiającej życie zasady. Po prawej stoją, po lewej idą. Przepiękne w swej prostocie!

U nas tak być nie może. No coż, schodów ruchomych ci u nas raczej niedostatek, nie za wiele, ale już parę sztuk jest. Może warto zastanowić się nad formą współżycia społecznego również na tym przydatnym wynalazku ludzkości?

Nie chodzi o to, abysmy sie stali Anglosasami czy też jakąkolwiek inną nacją. Jest to na szczęście niemożliwe i broń Panie Boże, choćbyśmy ateistami byli. Niemniej ludzkość od wieków inspiruje się nawzajem, wynalazki i udoskonalenia szerzyły się z plemienia na plemię, z narodu na naród. Prawo rzymskie,  cyfry arabskie, zupki chińskie…, czy coś w tym stylu :)

Wynalazki społeczne tez się rozlewały szeroko – demokracja, wolność słowa, feminizm.

Ale Polak jest niewzruszony i choćby nawet był swego czasu w Londynie, to na schodach się nie posunie. Na schodach stać jak mu się żywnie podoba

- to jego prawo i złota wolność szlachecka!

Moją pisaninię na ten temat zamieściła kiedyś Gazeta Olsztyńska w dziale „Listy od czytelników”. Parę osób przeczytało i komentarze zamieściło. Np właśnie: „Nikt mi tu nie będzie mówił, jak mam stać! Będę stał dokładnie po środku!”

Cóż, podobno przy takich postawach społecznych jesteśmy niepodatni na autorytarne rządy i wszelkie społeczne totalitaryzmy. Ani norweski model ścisłego nadzoru nad rodziną nam nie grozi ani wschodnie zamordyzmy się nie utrzymają. Chociaż tyle dobrego.

A ja sobie stoję i nikogo się nie boję…

Siedzimy w knajpie - restauracji familijnej na Starówce w Olsztyn City. Pojedliśmy, popiliśmy. Po kątach knajpy wiszą płaskie ekrany z koncertem Shakiry. Pomysł dobry, sam wystrój lokalu nie da rady robić za ekscytując podnietę wizualną; Shakira zdecydowanie bardziej zmysły połechcze, zwłaszcza w ponure  listopadowe popołudnie. Zarzuca bioderkiem, wygina się, zmienia kreacje. Przyciąga wzrok gości znad frytek, buły i wkładki mięsnej. Spoko loko.

Aż tu nagle pareczka ze stolika najbliższego ekranu zbiera się do wyjścia. Wstają i ubierają się. Lokal ciasnawy, ekran zasłonili. Nic to, poczekamy, ubiorą się i wyjdą, wiadomo, jakoś ubrać się muszą w tych okolicznościach. Kurteczka, płaszczyk. Paniena wgapia się w ekran. Koleś też się wgapia. Stoją odziani. Stoją. Hm, no mili państwo, o co chodzi? Stoją i gapią się. Szaliczek (pieprzone polskie zdrobnienia). Gapią się. Pozostałych 10 osób na sali nie widzi ekranu, niektórzy wyginają ciało, wyciągają szyję, jaką to ma Shakira teraz kiecę, niebieską taką, kurdę, no jakby tu zobaczyć? Pareczka zbliża się do siebie czule. Gapią się w ekran. Stoją. Potem gapią się dalej, ale już sobie w oczęta. Koleś mizia panienę. Buzi buzi. Przytulanka. Czapeczka. Stoją. Koleś wyciąga komórę. Pyka w komórę. Stoją. Centralnie przed ekranem, zasłaniając całej reszcie konsumentów buły i frytek widok Shakiry.

Stali tam w pełnej bezmyślności tak długo, że przez niby najedzony, niedzielnie zrelaksowany mózg przemknęło nazwisko pewnego rosyjskiego konstruktora broni strzeleckiej…

O nie nie! To nie romantyczne uczucia osłabiły pareczce elementarne zasady współycia społecznego. Te zasady funkcjonują pieknie i ku wspólnemu pożytkowi gdześ indziej na świecie. Ale nie w Polsce – kochanej mojej Ojczyźnie. W Polsce funkcjonuje jedna główna reguła w pożyciu społecznym, zawsze i wszędzie znajdująca z powodzeniem zastosowanie - BEZMYŚLNOŚĆ. Co tam inni, może w komunie ktoś coś musiał albo mu kazali. Teraz jest wolność. Wolność od zasad, wolność od myślenia. Wolność również od tej wiedzy, że jest wolność, a w komunie to było tak czy owak… Wolność i BEZMYŚLNOŚĆ społeczna nasza codzienna.

Zasłonięta Shakira to pikuś. Bezmyślność nasza codzienna, durna, przykra i przez cudzoziemców zauważana panoszy się wszędzie. Przynajmniej opiszę ją, skubaną. Samoświadomość społeczną oby zasilić tym niewielkim źródełkiem.

Cdn.