społeczeństwo

Niedziałająca misa lodowa, czyli ustawa o zamówieniach publicznych

Baseny pobudowano piękne. Z rozmachem, duże, z saunami, jacuzzi, biczami wodnymi i innymi ”prysznicami doznań”. Do niedawna jeszcze w mieście wojewódzkim był JEDEN basen publiczny – teraz mamy pięć. Woda w nich nie zabija smrodem chloru, jak za dawnych lat, ani nie odmraża kończyn niską temperaturą. Przeciwnie, ciepełko na obiekcie błogie, woda pieści ciało swymi dwudziestoma siedmioma stopniami, dyskretnie ozonowana. Nowa jakość, bez dwóch zdań.

Oczywiście drobiazgów jakichś i niedoróbek można się dopatrzyć. A to koślawo zamontowane w chodniku światełko najazdowe, a to źle wyprofilowany wjazd do podziemnych garaży, oczywiście niezwłocznie obharatany przez niedostatecznie elastyczne pojazdy obywateli. Tu coś lekko zacieka, tam tynk delikatnie się wybrzusza. Drobiazgi, naprawdę, nie zepsują nam prawdziwej radości użytkowania basenowych udogodnień. W końcu miasto nasze to nie London Paris New York, żeby aż oczekiwać fachowo zamontowanego światełka najazdowego.

No bo woda ciepła, jeszcze raz ciepła, i jacuzzi jeszcze cieplejsze, obulgocze człowieka całego, odstresuje… I sauny, i misa lodowa…

Ale misa lodowa, cholera, nie działa. Działała przez pierwsze dwa miesiące, a potem przestała sypać kryształami lodu. Czekamy cierpliwie aż naprawią. Rzeczy sie psują, normalka. Suszarka w holu basenu się urwała- naprawili, korki wysadziło-włączyli. Misę przecież też naprawią.

Czekamy. Do pary zepuła się sauna parowa. Działa tylko fińska, która akurat moje oczy wypala suchym ogniem, długo nie posiedzę.

Saunę naprawili. Gorącą wilgocią znów rewitalizuje podsuszoną przebywaniem w zamkniętych pomieszczeniach skórę.

Misa dalej nie działa. Długo już cokolwiek, miesiąc mija.

Raz jeden zwariowało jacuzzi. Nagle zaczęło tryskać strumieniami wody do góry - spontaniczne pionowe bicze wodne, tańczące i rozbryzgane. Ubaw na całego, coś nowego! Panowie z obsługi podrapali się w głowę, wyłączyli. Serwis niewątpliwie przyjedzie.

Jacuzzi więcej swego artystycznego występu nie powtórzyło, prozaicznie działa.

Za to znów nie działa sauna parowa. Kartka wisi, no przecież informacja jest, że nie działa. Misa lodowa nie działa nadal, mija drugi miesiąc. Idę do kierownika.

Przecinam hol, praktycznie i estetycznie pokryty jednolitą, gładką nawierzchnią, like in North America. Lubię tak. Po co kroić dużą powierzchnię na małe kwadraty kafelków? W gabinecie kierownika też po amerykańsku, sprężysta wykładzina wyścieła całą podłogę. Kierownik w moim wieku, uśmiecha się uprzejmie.

Ja w sprawie misy lodowej. Bo nie działa już miesiące całe. Patrzymy na siebie i obydwoje wiemy przecież, o co chodzi. O ustawę o zamówieniach publicznych chodzi, nieprawdaż?

Niby nie ma przymusu wybierania najtańszej oferty, niby cena nie musi być jedynym kryterium wyboru oferty. Ale w praktyce jest. Cena decyduje i koniec. Najtańszy szit zostanie wybrany, żeby tylko nie było zarzutu, że marnotrawienie pieniędzy publicznych i rozrzutność. Rodak przekrętu swjego codziennego się nie boi robić, co chwila o jakimś czytamy w niusach. Ale nie ma odważnego, który uczciwie i zgodnie z zasadą, że nie ma tanio i dobrze, wybrałby droższą ofertę solidniejszej, renomowanej firmy, na dodatek lokalnej na przykład. Zamiast tego wygra jakaś firma krzak z drugiego końca Polski, która dodatkowo nierealistycznie pocięła koszta, żeby ten przetarg wygrać. Z serwisem stamtąd się przecież nie teleportują. Do roboty podwykonawcę oczywiście wzięli jakiegoś z łapanki, w międzyczasie zbankrutował, albo wyemigrował na Wyspy, a sam sprzęt dostarczy jeszcze ktoś inny, byle najtańszy.

Przy okazji zamawiający napoci się i nakombinuje, jak opisać przedmiot zamówienia, żeby nie dostać sedesów zamiast serwerów, niedoczekanie jego, żeby jeszcze sprawdzonej marki, zaufanej i kompatybilnej z tym, co już ma.  Nie może sobie przecież zamawiający zażyczyć Sony czy Mercedesa, chcociaż na swą renomę solidności firmy te pracowały całe dziesięciolecia. Musi zamówić sedes marki sedes, i niech tam firmy już się biedzą, jak ewentualnie skorumpować zamawiającego, żeby opis zamówienia podrasował w pożądany sposób. Niech się też martwią, jak pociąć koszta poniżej granicy dumpingu, co tam, najwyżej my wszyscy będziemy chodzić po krzywo zamontowanych światełkach najazdowych w koślawo ułożonej kostce, misa lodowa nie będzie działać miesiącami, kupa szmalu się zmarnuje, bo skąpy traci podwójnie, ale litera prawa w naszym praworządnym kraju światłych prawodawców będzie przestrzegana.

Ponieważ od początku mieliśmy z kierownikiem zbieżny pogląd na sprawę, zatem pokiwaliśmy głowami, powzdychaliśmy nad nieuchwytnym serwisem misy lodowej i rozeszliśmy się w pokoju. Wyszłam z gabinetu, stąpając po sprężystej wykładzinie. Dobrze, że chociaż wykładzinie taniość oferty nie odebrała sprężystości.

 

 

 

 

 

 

 

 

Dywagacje alkoholowe

W Polsce leją mało wina. 

Wiele polskich knajp i knajpek oferuje spragnionemu wina klientowi apteczną dozę tego trunku – 100 mililitrów. Są takie, gdzie łaskawie leją 150 mililitrów, a do zupełnej rzadkości należą te, w których klient dostanie około 200 mililitrów w lampce.

Oczywiście w winnych Włoszech czy Hiszpanii wino pija się głównie butelkami lub karafkami. Ale też w takiej Norymberdze w lampkę leją średnio 250 ml -czasem jest to 230 ml, czasem 260. I to się nazywa sprawiedliwość społeczna!

Sprawiedliwość dlatego, że w sytuacji, gdy jeden klient do kolacji zamawia piwo, a drugi wino, dostają mniej więcej równą dawkę alkoholu. W naszej Ojczyźnie dwoje ludzi o odmiennych preferencjach alkoholowych nie ma szans na taką sprawiedliwość. Jeden człowiek zamawia sobie duże pywo i raczy się nim w spokoju przez czas jakiś. Piwo sztuk jeden albo i dwa jest obecnie chyba najbardziej społecznie akceptowaną formą spożycia. A ten winny człowiek czemu winny? Ten dostaje swoje 100ml, które pod względem zwartości alkoholu równe jest 200ml polskiego piwa i które wysycha w mgnieniu oka. No bo rachunek jest prosty- przeciętne wino ma 11-12% alkoholu, a przeciętne polskie piwo 5,5-6%. Karafki jako opcja spożycia wina równiez nie występują często w polskim krajobrazie knajpianym.

I potem co? Zawracanie głowy kelnerom oraz imidż alkoholika, który wali 3 driny zamiast jednego albo smutek na obliczu, że ten drugi nadal ma co pić. 

Społeczeństwa Niemiec czy Austrii, gdzie objętościowy pragmatyzm w polewaniu wina jest powszechny nie znajdują się jakoś na równi pochyłej ku powszechnemu alkoholizmowi i upadkowi. Nadal dzielnie wytwarzają PKB i pedantycznie pielęgnują swe domki. Dlaczego zatem u nas, w kraju o długich, nieabstynenckich tradycjach leją mało wina?

Czyżby nadal bylo ono postrzegane jako towar luksusowy, trunek może niechodliwy, żeby za przeproszeniem nie powiedzieć „damski”? Dlaczego po czasach wódczanej sprawiedliwości komuny nie nastały czasy kapitalistycznej równości pijących piwo i wino?

Ze szczytnym hasłem równości na sztandarach czas wejść w długi weekend.

 

2013.04.18 Wieczór autorski doci 010

Po wieczorze autorskim- fotorelacja.

Dziękuję Książnicy Polskiej za zorganizowanie przemiłego wieczoru autorskiego, a wszystkim Gościom za przybycie, interesujące pytania, zaangażowanie i piękne kwiaty :) Dodaliście mi siły do dalszej twórczości!

Zamieszczam zdjęcia autorstwa mojego męża :)

Wieczór autorski!

18 kwietnia 2013 (czwartek) o godzinie 17.30 odbędzie się mój wieczór autorski, poświęcony książce pt. ”Pociąg do luksusu”. Wieczór organizuje Książnica Polska przy pl. Jana Pawła II 2/3 (naprzeciwko Ratusza). Wszystkich zainteresowanych, zaintrygowanych czy też po prostu dysponujących wolnym wieczorem serdecznie zapraszam :)

Zniewalająca uroda S8

Asfalt umyka spod kół, opony szumią lekko w zetknięciu z gładką nawierzchnią. Szumią cichutko - tyle tylko, żeby delikatnym bodźcem dopieścić również zmysł słuchu. Wzrok bowiem napawa się szerokością pasów asfaltu i elegancką krzywizną łuków drogi. Chłonie antydepresyjną kolorystykę ekranów dźwiękochłonnych. Zieleń, żółć i pomarańcz w niekiczowatych odcieniach emanują pozytywną energią, cenną w przytłaczającej szarzyźnie zimo-wiosny. Nawet jesli ktoś woli inne zestawienia kolorystyczne, niech da się zauroczyć tej trójcy, choćby tylko na czas przejazdu.

Samochody suną równomiernie. Przed nami wszystkimi długi odcinek dwupasmowej szosy, nie skończy się tuż za zakrętem. Nie ma potrzeby ryzykować życia szaleńczym wyprzedzaniem, nie ma potrzeby kozaczyć ani szarżować. Droga swą okazałością i obietnicą długotrwałej wygody temperuje temperamenty i łagodzi obyczaje.

Nie było tego odcinka 5 lat temu. A teraz jest. Czyż nie jest to powód do ekstazy?

 

Haters gonna hate

Przeczytałam w internecie tekst o wiośnie, o wytężonym na nią oczekiwaniu. Skądś mi wyskoczył i zaraz zniknął w odmętach sieci, nawet nie pamiętam jaki miał tytuł, ani czy to rasowy felieton był czy wpis na blogu. Tekst napisany dowcipnie, pełen pomysłowych metafor i porównań - oryginalny. Autor dowodził między innymi, że nawet Szkoci mają lepiej niż my, bo nie doświadczają takich jak w Polsce kilkudniowych chwil złudzenia, że oto już wiosna nadeszła, aby za chwilę boleśnie stracić to złudzenie, i znów nurzać się w śniegu, mrozie, gruźliczych odwilżach itd. Z przyjemnością posmakowałam wszystkich zastosowanych środków wyrazu, podelektowałam się sarkazmem.

A potem rzuciłam okiem na komentarze. „Jaka cienka grafomiania!”, głosił pierwszy z nich, „Co za debil to napisał!” ,”Jakiś ćwierćinteligent się wysilił”. I kolejne w ten deseń. Nieliczne, nieśmiałe głosy wyrażające pozytywne opinie czy dające odpór tym negatywnym ginęły w zalewie bezinteresownego jadu i niemerytorycznej naparzanki.

Ja rozumiem, że jak się rano wstanie i spojrzy w lustro na swoją opuchniętą facjatę, rozczochrane kłaki i wszystkie dotkliwe niedoskonałości swej cielesnej powłoki, a każdy jakieś ma, to potem trzeba odreagować. Rozumiem, że nie da się inaczej niż chociażby pojechać po celebrytach. Się po prostu musi upublicznić w necie swą cenną opinię, że Kasia C. ma „łeb jak koń”, a Kinga R. „chłopski ryj”, a każda z nich oraz tamte inne też mają krótkie lub krzywe nogi, ewentualnie zarówno krótkie jak i krzywe. A, i koniecznie należy również zaznaczyć, że odnośna celebrytka jest „gruba, spasła jak świnia, ma ramiona jak zapaśnik „, zwłaszcza wtedy, kiedy w rzeczywistości jest to wiotkie i smukłe dziewczę. Faktu, że ktoś może być bardziej dofinasowany, lepiej ubrany czy lepiej wyfotoszopowany nie da się przecież tak łatwo znieść.

Prawie też rozumiem, chociaż chyba jednak nie, potoki bluzgów na tematy polityczne i partyjniackie animozje uprawiane w sieci przez zapiekłych amatorów oraz cynicznych, opłaconych zawodowców. Polityka to… (tu wstaw dowolne wulgarne słowo), więc chyba tak musi być.

Ale co komu zawinił tekst o wiośnie? Tekst był lekką impresją na neutralny temat, nie aspirował do odmieniania czyjegokolwiek życiorysu, czy światopoglądu. Kto nie skumał sarkazmu, nie znalazł upodobania w oryginalnym języku autora, mógł się po prostu przekliknąć na inną stronę. W żadnym wypadku! Polisz hejter zjedzie i zbluzga wszystko, jakikolwiek przejaw ludzkiej aktywności czy twórczości musi dobić do gleby, niemerytorycznie i bezinteresownie oczywiście. Żadne tam logiczne argumenty, czy rzeczowa krytyka, cenna jako taka. Zamiast tego długie rzędy pracowicie wystukanych inwektyw, osobistych wycieczek i obraźliwych sformułowań.

Gdybyż tak energię zużytą na pracowite hejtowanie można było przekształić we wzrost PKB! Bogactwem dawno przebilibyśmy Norwegię, Szwajcarię i Emiraty razem wzięte.

Dlaczego hejter hejtuje? Cdn…

Pean na cześć komunikacji miejskiej

Siedzę na przystanku autobusowym i macham nogami. Od tygodnia poruszam się po mieście komunikacją miejską, ewentualnie podwózką męża, głównie jednak komunikacją. Samochód kaputt. W oponę zimową wbił się dorodny blachowkręt, zindentyfikowany jako taki przez panów oponiarzy i podsumowany przez nich: „Patrzcie go, jaki skurczybyk!”.

Wbił się, no to niby nie koniec świata, mąż podjechał i dokonał zmiany koła na zapasowe. Bosssko! Ale zapasowe na innej feldze, oponka letnia. To chyba już lepiej pojechać do serwisu i wszystkie zmienić na letnie. Co też uczyniłam. Wiosna piękna była, słońce świeciło.

Po trzech dniach wróciła zima. Śniegu nawaliło, w nocy -20 stopni. Na wybitnie letnich oponach pod ośnieżoną górkę na osiedlu nie ma szans podjechać. Zostaje autobus.

Zatem siedzę na niewyłamanej ławce i macham nogami. Rozglądam się czujnie. Rozkład jazdy jest, kosz na śmieci stoi, zapełniony do połowy. Autobusy podjeżdżają, co któryś niskopodłogowy, zgodnie z rozkładem. Chodnikiem jedzie pługopiaskarka i hojnie bździ okolicę mieszaniną piasku i soli.

Jak dla mnie mogliby nie sypać tego cholerstwa, no, może w najbardziej newralgicznych miejscach. W Skandynawii tak żyją i dobrze się mają. Byle śnieg był odgranięty. Zimą jest zima, do łażenia po śniegu nakłada się solidne buciory na traktorze i sprawa załatwiona. Ale nie, w dzisiejszych czasach obywatel taki wydelikacony i wrażliwy, niech tylko z nieba coś sypnie, a piaskarki nie zjawią się w tymże samym momencie na wszystkich ulicach jednocześnie, a lament się podniesie i krzyk, że skandal, zamach, zubożenie, wynarodowienie narodu i co tam jeszcze.

Drugą stroną ulicy jedzie druga pługopiaskarka. Też bździ.

Podjeżdża mój autobus. Pani kierowczyni naciska guziki, drzwi się otwierają. A ja już w pogotowiu z komóreczką, pyk pyk, i już bilecik opłacony dzięki mobilnej aplikacji. W środku wpasowuję się w ergonomicznie zaprojektowane, pokryte niebrzydką tkaniną siedzenie i już mogę do woli gapić się na widoki za oknami lub pogrążać się w myślach.

Po Euro 2012 przeankietowano tysiące zagranicznych turystów – zapytano, co im się w Polsce podobało? Atmosfera, zabytki, jasne. Ale bardzo wysokie noty zebrała też komunikacja miejska. W Miastach Gospodarzach oczywiście dopieszczona i dofinansowana maksymalnie na taką niebywała okazję. No  i dobrze, zostanie nam wszystkim, oby wandalom schła ręka przy każdym zamachu na integralność autobusu, tramwaju czy przystanku!

Nogami machałam na przystanku w moim Mieście-Niegospodarzu, dla jasności. Jasne, przeważnie wożę swoje cztery litery samochodem, wte i we wte, na okrągło. Jak całe rzesze innych współobywateli – nałogowców samochodu. Ale w mieście jest wybór! Można częściej olać zatłoczone i drogo płatne parkingi czy ich brak, można zaprzestać wiecznego narzekania, że tylko w Polsce tak się obywateli traktuje, bo to nieprawda. W niektórych krajach dużo bardziej zdecydowanie sekuje się pasjonatów wożenia tylko własnej osoby i powietrza samochodem. Wszędzie w rozwiniętcyh krajach parkingi w centrum drogie i niedostępne. Z kolei w tych metropoliach, które wygrywają wszelkie rankingi komfortu życia wiele osób korzysta z komunikacji miejskiej lub rowerów.

U nas nadal samochód jest dla sporej części społeczeństwa wyznacznikiem statusu. Ci obywatele pałają do swej bryki neoficką miłością, nieświadomi, że na tak zwanym Zachodzie niektórzy maja tę spinkę dawno za sobą i oni z przyjemnością pozwalają się wieźć pani kierowczyni ulicami miasta.