Sopocka plaża rozgrzana słońcem, falujące morze i delikatna bryza od tegoż morza. Bryza delikatniutka, żaden wiatr hulający. Czyż może być coś piękniejszego? Nic, tylko położyć się na skrzypiącym piasku, wyciągnąć leniwie ciało i powolnymi jego ruchami wyżłobić jak najwygodniejsze wgłębienie.
Leży zatem człowiek wyciągnięty, w błogości cały.
Aż tu nagle młotek nad głową wali. Duży, gumowy, napastliwy. Do młotka doczepiony plażowicz, a obok rodzina jego liczna, hałaśliwa. Niby naród się nie rozmnaża –a na plaży plażowiczów obłożonych ruchliwymi dziećmi zawsze zatrzęsienie. Nic nie mam przeciwko ruchliwym bachorom – sama byłam bachorem nieustannie wiszącym na płocie, drzewie, dachu garażu, z pokrytymi strupami kolanami dudniłam po schodach kamienicy, gnałam po parku, zjeżdżałam po poręczy, na plaży budowałam zamek wielki – i do dziś pamiętam tę dziką ekstazę. Niech inne bachory też mają.
No ale ich tatuś wali tym młotkiem nad samą głową. Parawan ustawia.
Józek, ale tu pani leży…- józkowa małżonka zreflektowała się, że tenże wybitnie blisko mojej głowy buduje parawanisko.
Józek rzucił mało zainteresowanym wzrokiem w domniemanym kierunku – Noo – na dalszy ciąg wypowiedzi nie zanosiło się.
To ja się przeniosę – rzuciłam –nie chcę leżeć pod płotem.
Co też uczyniłam. Godzina wczesna była, plaża jeszcze niezbyt zapełniona, tym bardziej inwazja w moją przestrzeń prywatną zdrażniła. Przy późniejszej godzinie i tłoku maksymalnym byłaby bardziej uzasadniona i zrozumiała. A tak?
Przeniosłam się. Strategicznie wybrałam miejsce pomiędzy dwoma już zbudowanymi parawanami, tak, żeby kolejny za nic nie zmieścił się w najbliższym pobliżu. Położyłam się na skrzypiącym piasku, wyciągnęłam leniwie ciało i powolnymi ruchami…
Skrzydło jednego z parawanów otworzyło się w moim kierunku. Jeden z lokatorów zagródki postanowił zmienić jej kształt z podkowy na literę „L”, dłuższą kreseczką wyciągniętą w moim kierunku. Odsłonił zawartość parawanu, czyli liczną rodzinę turystów z Rosji. „Eto wsio nasza tieritorija”, oznajmił radośnie swojakom, z nogami obecnie 20 cm od mojej głowy.
Nasi obudowali swoje terytoria, przyjezdni obudowali swoje – calutka plaża pokawałkowana parawanami – każdy pilnuje swojego terytorium. Z lotu ptaka widok piękny – barwne i wzorzyste parawany po horyzont. Tylko gdzie wspólnota i wspólne terytorium?
Z dostępnych opcji tym razem wybrałam emigrację wewnętrzną. Wystawiłam plecy do słońca, otaczającym dźwiękom pozwoliłam zlać się w szum tła, a sąsiednim parawanom odebrałam priorytet dostępu do moich zmysłów. Zanurzyłam się cała w najnowszym numerze „Polityki”.